Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba. Jeśli przeczytasz, będę naprawdę wdzięczna za szczerą opinię w komentarzu. Dla ciebie to tylko chwila, a mnie każdy komentarz motywuję do dalszego pisania.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rose's POV
Od wczoraj wieczorem nie widziałam Cayli. Mike szukał jej wszędzie na mieście, ale nic. Tak bardzo się o nią martwię. Teraz mam tylko ją. Śmierć bliskich ci osób, tak na prawdę najbliższych, potrafi cię zmienić. Od wczoraj siedzę na tym krześle w tym zagorzałym szpitalu. Nie mam na nic siły. Czuję, że nie ruszę się stąd nigdy. Do moich uszu dochodzi dźwięk otwieranych drzwi. To lekarz. Ten, który powiedział nam o śmierci rodziców. Mike i ja podnosimy głowy w jego stronę. Od wczoraj moja twarz jest cała czerwona, a moja krew tak mocno pulsuje w żyłach jak nigdy.
- Rose, czy chciałabyś ostatni raz przed pogrzebem zobaczyć rodziców? - mówi lekarz, jakby myślał, że to takie proste. Dobra, może tak nie jest, ale ja to tak odbieram
- Tak, ale...moja siostra. - zaraz się rozpłaczę, przysięgam.
Mike zaciska rękę na moim ramieniu.
- Mogę zobaczyć ich z siostrą? - mówię cicho.
- Dobrze, ale proszę się pospieszyć. - odchodzi.
- Mike, co my teraz zrobimy?! - zaczynam panikować. Moja siostrzyczka zniknęła, świetnie.
Widzę, że myśli. I tak pewnie niczego nie wymyśli.
- Nie mam pojęcia. - zauważam, że myślenie teraz jemu jakoś niezbyt wychodzi.
- Ja chcę ją zobaczyć. - mówię ze łzami w oczach.
Cayla's POV
- A więc pomogę ci stąd wyjść.
Patrzę na niego zdziwiona. Chciałabym dowiedzieć się gdzie mnie wcześniej widział, jednak odpuszczam to sobie. I tak już nigdy go nie zobaczę, a po drugie, muszę jak najszybciej iść do Mike'a i Rose. Jestem pewna, że szukali mnie i że jak nie zjawię się w ciągu 24 godzin, to zgłoszą na policję moje zaginięcie.
- Świetnie. - mówię obojętnie, choć w głębi duszy promienieję z radości, że w końcu wyjdę z tego pomieszczenia, które przyprawia mnie o mdłości.
- Zamknij oczy.
- Słucham? - otwieram szeroko oczy.
- Rób co ci mówię, inaczej stąd nie wyjdziesz.
Cholernie się boję, mimo tego, wykonuję jego polecenie.
Mija jakaś minuta, po czym pozwala mi otworzyć oczy.
Podchodzę do okna i wyglądam przez nie w dół. Przy ścianie bloku pojawiła się drabina, której wcześniej nie było. Jestem zaskoczona.
- Ale..jak? - wyjęknęłam.
Przewraca oczami. Zapewne chodzi o moje 'ale'. Chyba nie lubi rozmawiać. Ale szczerze? Mam to gdzieś. Chcę stąd jak najszybciej wyjść, więc nie powinnam domagać się wyjaśnień.
- Teraz możesz iść.
- Ale...
- Co ale? - dziwi się.
- Mam lęk wysokości. - zaciskam zęby.
Zaczyna się śmiać, a ja patrzę na niego skrzywiona.
- No to będziesz miała problem.
- I nie zamierzasz czegoś wymyślić?
- Przecież to ty chcesz stąd wyjść. Mi twoje towarzystwo nie przeszkadza.
Mam go dość! Walę pięścią o ścianę i od razu jest mi lepiej.
- Możesz ze mną nie pogrywać? - mówię zirytowana.
- No dobra, dobra. Jeszcze będę miał okazję. - coś wyszeptał.
- Co ty powiedziałeś? - nie usłyszałam.
- Nic. Okej, ja zejdę pierwszy, a potem ty. Jakbyś spadła czy coś to cię złapię, luzik.
- Luzik? Ty wiesz człowieku co ty w ogóle mówisz?
- Oczywiście. - przechodzi przez okno i schodzi po drabinie w taki sposób, jakby robił to codziennie.
- Twoja kolej! - krzyczy z dołu.
Przechodzę przez okno, cała się trzęsę. Powoli schodzę po drabinie. Jestem na dole, udało się.
- I co? Po co się tak bałaś? - zaśmiał się.
Przewracam oczami. Przecież mówiłam jemu, że mam lęk wysokości.
Rozglądam się dookoła. To miejsce jest mi zupełnie nieznane.
- Gdzie jesteśmy? - mówię niepewnie.
- W Millgrade.
- Na prawdę? - dziwię się.
- Tak. Myślisz, że jestem jakimś gwałcicielem, który wywiózłby cię 500km od miasta? - śmieje się.
"Właśnie tak myślałam."
- Dlaczego nigdy nie widziałam tego miejsca? Przecież Millgrade jest takie małe.
- Nie aż tak małe, żebyś była w każdym jego zakątku, nie sądzisz?
- Może. - odpowiadam beztrosko. - Wyprowadź mnie stąd, a potem trafię sama.
- Wątpię.
- Możesz zacząć mówić całymi zdaniami?! Co, jak i dlaczego, a nie. - pulsuje we mnie krew, czuję ją.
Przewraca oczami.
- Jesteś na końcu miasta. Myślisz, że dasz radę iść stąd do szpitala na piechotę?
- Skąd wiesz, że idę do szpitala? - odsuwam się od niego o dwa kroki.
Puszcza do mnie oczko. Mam go dość. Wspominałam już? Ups, chyba tak.
Idzie gdzieś. Idę za nim. Widzę piękne czarne auto. Obcy daje mi znać, żebym do niego wsiadła.
Wsiadam, a potem on.
Jedziemy w ciszy. Nagle się odzywa.
- Dlaczego jedziesz do szpitala?
Skąd on do cholery wie, że jadę akurat tam?!
- Nie chcę o tym gadać.
Wzrusza ramionami.
- Kim jesteś? - mówię nagle. Zdaję sobie sprawę, że wcześniej o to nie pytałam.
- Jestem Jason. Miło mi.
- Chodziło mi bardziej o zawód. Ile masz lat. Dlaczego nie masz drzwi w domu. Dlaczego mówisz szyframi. Dlaczego jesteś jaki jesteś.
Śmieje się.
- Nie znam odpowiedzi na te pytania, przykro mi.
Parsknęłam śmiechem. Nie dowierzam w to co słyszę.
Jedziemy znowu w ciszy.
Zatrzymujemy się przy szpitalu.
- Nie ma za co Cayla - mówi.
Spoglądam na niego, po czym szybko odpinam pasy i otwieram drzwi auta. Wychodzę tak szybko jak tylko się da i idę w stronę szpitala. Spoglądam się za siebie, ale jego już nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz